poniedziałek, 19 listopada 2018

Herbata dziesiąta

Po mojej rozmowie ze znajomymi oraz z mamą na temat spotkań, które chciałam organizować w herbaciani, wydarzenia potoczyły się szybko. Już następnego dnia Weronika wpadła do „Romea i Julii”, by przekazać mi dobrą nowinę.
– Mam tylko kilka minut, bo za dziesięć minut mam następne zajęcia, ale nie wytrzymałabym do końca – wyjaśniła. – Gadałam z profesorem. Powiedział, ze przyjdzie tu na kawę i jak będzie dobra, to się zgodzi.
– Fajnie, ale tak na serio to co powiedział? – zapytałam.
– Właśnie to. Stwierdził, że tu przyjdzie i jeżeli mu się u was spodoba, to pewnie będzie przychodził na spotkania.
– Super! – odparłam wesoło. – Mówił coś o tym, jak chciałby prowadzić ten klub? Wiem, że wspominałaś, że miał już na to jakiś pomysł, ale może coś dodał, jak z nim rozmawiałaś.
– Nie, raczej nie. Wspomniał tylko, że to dobrze, że ludzie, w dodatku młodzi, nadal miewają ciekawe pomysły związane z książkami.
– Och. To miłe – przyznałam. – A mówił może, kiedy przyjdzie?
– Możliwe, że już przyszedł – wtrącił się mężczyzna, który chwilkę wcześniej wszedł do herbaciani. – Pani Weroniko, co mi może pani polecić?
Weronika, choć widziałam, że trochę się speszyła, beztroskim tonem odparła:
– Lila robi bardzo dobre latte macchiato.
– W takim razie poproszę latte macchiato.
Studentka uśmiechnęła się do mnie ponad jego ramieniem, po czym szybko opuściła lokal. Nabrałam powietrza w płuca i zapytałam:
– A więc latte macchiato... coś jeszcze do tego?
– Nie, to wystarczy. Znajdzie pani dla mnie chwilę? Chciałbym porozmawiać o pani pomyśle.
– Oczywiście.
Profesor zapłacił i zajął miejsce przy jednym ze stolików. Przy przygotowywaniu napoju zadzwoniłam do mamy.
– Mogłabyś przyjść do herbaciarni? – zapytałam, kiedy odebrała. – Muszę na chwilę odejść od kasy, mam coś do załatwienia w związku z tym klubem.
– Jasne, ja już jestem właściwie w drodze, to zaraz będę. Nie przejmuj się.
Kilka minut później postawiłam przed mężczyzną gotowe latte oraz pojemnik z cukrem. W tej samej chwili mama weszła do lokalu. Podeszłam do niej i szeptem oznajmiłam:
– Mamo, bo tamten pan jest prowadzącym Weroniki, miałam z nim porozmawiać o tym klubie czytelniczym, który chciałam założyć. Dasz mi na to chwilę?
– Jasne. Przecież wiem, że ci zależy, nie musisz też cały dzień stać za kasą, jeżeli mogę cię odciążyć.
Podziękowałam jej, po czym odwróciłam się i usiadłam naprzeciwko profesora. Odstawiał akurat szklankę na stół.
– Faktycznie robi pani dobre latte – przyznał. – Słyszałem, że chciałaby pani założyć klub czytelniczy. Jak pani to dokładnie widzi?
– Przede wszystkim myślałam o tym, żeby to nie było nic w formie wykładów, raczej żeby każdy chętny mógł przyjść i porozmawiać z innymi, wypowiedzieć się, co uważa o danej książce, dlaczego mu się podoba albo nie. Nie chciałabym też narzucać innym swojego zdania, jeśli chodzi o wybór książek, tylko żeby każdy mógł coś zaproponować.
– Pani znajoma, Weronika, wspominała, że potrzebuje pani kogoś, kto to ogarnie, ale jeżeli dobrze rozumiem, nie chce pani, żeby konkretna osoba zdominowała spotkanie, o ile nie jest to spotkanie autorskie. W takim razie do czego ja byłbym pani potrzebny? Wydaje mi się, że mogłaby pani sama to zorganizować.
– Problem jest taki, że właśnie sama nie jestem tego taka pewna. To znaczy, bez problemu mogę zająć się chociażby promocją klubu, jego organizacją, tworzeniem listy członków... Ogólnie zajmę się wszystkim, czym będzie trzeba, tylko jeśli chodzi o prowadzenie samych spotkań, to znaczy rozpoczynanie ich i witanie wszystkich, którzy przyjdą albo podtrzymywanie dyskusji, wolałabym mieć wsparcie kogoś bardziej doświadczonego.
– Rozumiem. Mam tylko jeszcze jedno pytanie... o jakim dziele literackim myślała pani na początek?
– Może to prosty wybór, ale o „Romeo i Julii” Szekspira.
Uśmiechnął się pod nosem. Wyjął z kieszeni marynarki mały notes i wyrwał z niego kartkę, na której zapisał coś, mówiąc:
– Podoba mi się pani pomysł. Bardzo chętnie będę przychodził na spotkania, niezależnie od roli, jaką miałbym pełnić. Kiedy będzie miała pani dokładniejszy plan działania, proszę się ze mną skontaktować.
Podał mi kartkę, ubrał płaszcz i wyszedł. Przeczytałam notatkę, którą zostawił po sobie mężczyzna. Dowiedziałam się, że nazywał się Andrzej Rybiński, dostałam jego numer telefonu i adres mailowy. Wkładając papier do kieszeni spodni, poszłam na zaplecze.
– I jak? Sukces? – zapytała mama.
– Chyba tak... Pan profesor powiedział, że mam jego wsparcie, ale muszę sama opracować plan działania.
– Ale chyba tego chciałaś, hm? Tylko nie narzekaj, że będziesz mieć za dużo obowiązków, bo ten klub to był twój pomysł.
– Tak, i do matury też mogłam się wcześniej uczyć. Wiem, wiem. Nie narzekam, po prostu mówię, że muszę to sama ogarnąć.
– Dobrze, dobrze. To ogarniesz to wieczorem, jak będziesz miała wolną chwilę, a teraz szoruj na salę, są dwa stoliki do sprzątnięcia.
Z westchnieniem wzięłam tacę do ręki i wyszłam zza lady. Posprzątałam kubki i talerzyki, po czym schowałam się w kuchni, by je umyć. Wyciągnęła mnie stamtąd mama, mówiąc:
– Kochanie, ktoś do ciebie.
Wyjrzałam z pomieszczenia. Przy jednym ze stolików siedział Jerzy. Popatrzył w naszą stronę – na mój widok uśmiechnął się i pomachał mi krótko.
– Zamówił to co zawsze, zrób sztuk dwie i idź pogadać.
– Jak leci? – zapytał, kiedy usiadłam naprzeciwko niego.
– Całkiem dobrze – odparłam – tylko zarobiona jestem.
– Rozumiem, że klub czytelniczy wypalił?
– Właśnie jeszcze nie wiem, czy wypalił, bo dopiero muszę go zorganizować, ale nie wycofałam się z pomysłu.
– Wiesz już, kiedy będzie pierwsze spotkanie?
– Nie wiem, możliwe, że dopiero jakoś w styczniu, bo przed świętami się nie wyrobię, a chcę zrobić wszystko na spokojnie. Dlaczego pytasz?
– A, bo może bym przyszedł...
Popatrzyłam na niego w milczeniu, które przerwał on:
– No co? Chciałbym wspierać przyjaciółkę w jej inicjatywie.
– Wczoraj mówiłeś coś innego...
Westchnął głęboko. Po krótkim zawahaniu powiedział:
– Przepraszam. Zdziwiłem się trochę, że takie coś planujesz, ale tak naprawdę wcale nie myślę, że to taki zły pomysł. Pomyślałem nawet, że mógłbym ci jakoś pomóc, wyliczyć jakieś koszty...
– Liczenia kosztów nie potrzebuję, przynajmniej na razie – przerwałam mu – ale jest coś takiego... Znasz się może na grafice komputerowej, albo znasz kogoś, kto się na tym zna? Wpadło mi do głowy, żeby w jakiś sposób rozreklamować te spotkania, przydałoby się coś w rodzaju plakatów albo chociaż ulotek, ale ja ich nie zaprojektuję, bo kompletnie tego nie ogarniam.
– Może nie mam na to papierów, ale tak się składa, że w szkole w Norwegii projektowałem czasem plakaty przed różnymi wydarzeniami, więc trochę się na tym znam.
Oparłam głowę na dłoniach i bez słowa uśmiechnęłam się w jego stronę. Uśmiechałam się tak długo, aż zmusiłam go, by powiedział:
– Tak, Lila, zaprojektuję ci te plakaty czy co tam chcesz.
– Dzięki! – wykrzyknęłam. – To wieczorem podałabym ci na Facebooku szczegóły, co myślę, że powinno być na tym plakacie, bo sama muszę jeszcze wszystko dokładnie przemyśleć, i jakoś to poukładasz, co?
– Jasne, nie ma problemu. Ale chyba należy mi się coś w zamian, nie sądzisz?
– A co byś chciał dostać?
Pomachał mi przed oczami pustym kubkiem.
– Jeszcze jedną herbatę bym poprosił. I żebyś mi pokazała, jak tam ci idą zadania z matematyki.
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – odparłam z uśmiechem, wyjmując mu kubek z ręki.
Netka Sidereum Graphics